Profesor Kazimierz Michałowski (1901-1981)
Profesor Kazimierz Józef Marian Michałowski, najwybitniejszy polski egiptolog, urodził się 14 grudnia 1901 roku w Tarnopolu. Po ukończeniu tamtejszego gimnazjum odbył studia z zakresu archeologii klasycznej i historii sztuki na Uniwersytecie Lwowskim, pod naukowym kierownictwem J.Bołoz-Antoniewicza i E.Bulandy. Studia kontynuował i uzupełniał w Berlinie, Heidelbergu, Munster, Paryżu oraz w Deutsches Archaologisches Institut w Rzymie i Ecole Francaise w Atenach. Po powrocie do Lwowa i obronie doktoratu został docentem w Katedrze archeologii klasycznej Uniwersytetu Jana Kazimierza, następnie (od 1930) Uniwersytetu Warszawskiego. W czasie wojny internowany w obozie jenieckim w Woldenbergu; w tym okresie zniszczeniu uległy wszystkie rękopisy Jego prac i bogata biblioteka. Do czynnych prac związanych z egiptologią powrócił w 1957 roku rozpoczynając kampanię wykopaliskową w Tell Atrib. Od 1960 prowadził także badania wykopaliskowe w Aleksandrii, i w następnych latach w Dabod, Deir el-Bahari oraz Faras w Sudanie. Jego niekwestionowany wkład do światowej egiptologii to m.in. określenie czasu krystalizacji kanonu architektury sakralnej, wskazanie twórcy - Amenhotepa syna Hapu i pionierskie prace o tym kanonie, odkrycie świątyni Totmesa III w Deir el-Bahari, odkrycie kompleksów miejskich w Tell Atrib, prace rekonstrukcyjne nad świątynią Hatszepsut, odkrycie wielkiej katedry koptyjskiej Faras z zespołem sensacyjnych fresków oraz stworzenie nowej dziedziny nauki - nubiologii. Do ostatniej chwili był aktywny naukowo, pełnił wiele funkcji i zajmował liczne stanowiska pozwalające na nieprzerwaną działalność organizacyjną. Odszedł jako zastępca dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie, kierownik Zakładu Archeologii Śródziemnomorskiej PAN i Stacji Archeologii Śródziemnomorskiej PAN w Kairze, członek rzeczywisty PAN, prezes Międzynarodowego Towarzystwa Nubiologicznego, wiceprezes Międzynarodowego Towarzystwa Egiptologicznego. Był profesorem zwyczajnym UW, do emerytury w 1972 r. kierownikiem katedry Archeologii Śródziemnomorskiej, członkiem prezydium PAN, członkiem prezydium Komitetu Nauk o Kulturze Antycznej; dożywotnio piastował godność członka Accademia dei Lincei, Niemieckiego Instytutu Archeologicznego, Niemieckiej i Saskiej Akademii Nauk, British Academy, Instytutu Francuskiego w Egipcie, Greckiego Towarzystwa Archeologicznego, Francuskiego Towarzystwa Egiptologicznego, Amerykańskiego Instytutu Archeologicznego, Czeskiego Instytutu Egiptologicznego. Wśród funkcji pełnionych uprzednio wymienić należy przewodnictwo sekcji Muzeów Archeologicznych ICOM i przewodniczenie Miedzynarodowej Komisji Ekspertów do spraw konserwacji świątyń w Abu Simbel. Zmarł w Warszawie 1 stycznia 1981 roku. Wśród najważniejszych uczniów Kazimierza Michałowskiego wymienić trzeba T.Andrzejewskiego, M.L.Bernhard, W.Daszewskiego, B.Filarską, M.Gawlikowskiego, S.Jakobielskiego, Z.Kiss, W.Kubiaka, J.Lipińską, J.Meuszyńskiego, K.Myśliwca, A.Niwińskiego, A.Sadurską.
[...] Wykopaliska w Edfu wzbudziły duże zainteresowanie w międzynarodowym świecie egiptologów i archeologów przebywających w czasie sezonu w Egipcie. Odwiedzali nas najwybitniejsi wówczas badacze, z którymi mogliśmy przeprowadzić wiele interesujących dyskusji w terenie. [...] Flaga polska powiewająca w obozie obok flagi francuskiej, stanowiła niewątpliwie w pierwszym sezonie wykopalisk pewną sensację. Po raz pierwszy bowiem w Egipcie pojawiła się w międzynarodowym współzawodnictwie archeologicznym misja z kraju, który do tej pory nie odgrywał roli w archeologii śródziemnomorskiej. Jednak w miarę postępu prac, a przede wszystkim w czasie trwania trzeciej kampanii wykopaliskowej, uznano już naszą obecność za objaw ciągłej działalności naukowej. [...] Przywiezione wówczas do Warszawy zabytki przedstawiały się nader okazale. W wyniku podziału dokonanego pomiędzy Muzeum Egipskim w Kairze a naszą misją, otrzymaliśmy kilka reliefów Starego Państwa - stele grobowe VI dynastii z odkrytych przez nas mastab [...] Zespół przywiezionych obiektów był tak reprezentacyjny, że można było pomyśleć o zorganizowaniu wystawy, która została otwarta w czerwcu 1937 roku w Muzeum Narodowym, wzbudzając ogromne zainteresowanie w społeczeństwie polskim.
K.Michałowski, Od Edfu do Faras.
Wystawa wykopalisk egipskich Uniwersytetu Józefa Piłsudskiego, Warszawa 1937.
Celem wystawy zorganizowanej przez Muzeum Narodowe wespół z Uniwersytetem Józefa Piłsudskiego, jest przedstawienie dorobku pierwszej polskiej wyprawy archeologicznej, która prowadziła badania w Egipcie w r.1936/37. Wykopaliska te, rozmieszczone w większej sali, przedstawiamy po prowizorycznym tylko zabezpieczeniu ich, a przed dokonaniem właściwych prac konserwatorskich, które potrwać muszą czas dłuższy. Pragniemy bowiem udostępnić je choć na niedługi okres ze względu na zainteresowanie wyprawą, okazane przez szerokie warstwy społeczeństwa, i to udostępnić w takim stanie, w jakim wydobyte zostały po tysiącach lat z narosłego nad nimi rumowiska. Po zamknięciu wystawy wykopaliska z konieczności niedostępne będą dla publiczności do czasu całkowitego ukończenia prac konserwacyjnych i przygotowania odpowiedniego pomieszczenia na powstające polskie muzeum archeologii klasycznej i starożytnego wschodu. [...]
K.Michałowski, ze wstępu do Przewodnika.
[...] Zwróciłem uwagę na to, że pomiędzy świątynią Hatszepsut, a stojącą od niej na lewo, czyli na południe, świątynią Mentuhotepa z okresu Średniego Państwa, znajduje się żleb powstały z usypiska głazów skalnych, które już w starożytności, opadając z góry podczas trzęsienia ziemi, zrujnowały oba sanktuaria. W tym usypisku, na które, rzecz dziwna, żaden z naszych poprzedników nie zwrócił uwagi, mogły się jeszcze znajdować bloki ze świątyni Hatszepsut, które zostały zasypane ułamkami skalnymi i nawianym z pustyni piaskiem. Wydałem więc polecenie, aby niezwłocznie przystąpić do usunięcia tego zwału kamieni i gruzu pomiedzy obiema świątyniami. Już po kilku tygodniach dokonaliśmy niezwykłego, a jakże ważnego dla historii starożytnego Egiptu, odkrycia. W tym właśnie żlebie tkwiły ruiny nie znanej dotychczas świątyni grobowej Totmesa III. [...] Każdy sezon przynosił nowe, niekiedy sensacyjne odkrycia. Przede wszystkim bogaty zestaw płaskorzeźb o wspaniale zachowanej polichromii, jakiej nie miały żadne z dotychczas znanych reliefów egipskich zachowanych czy to w wielkich muzeach światowych, czy też w samym Egipcie. [...] Drugi zespół - to granitowe rzeźby ze wspaniałym, dwumetrowej wysokości pomnikiem portretowym faraona siedzącego na tronie. Zarówno doskonały stan zachowania, jak i ślady polichromii na czarnym, polerowanym kamieniu decydowały o jego unikalnej wprost wartości.
K.Michałowski, Od Edfu do Faras.
[...] Rząd egipski i UNESCO powołały siedmioosobowy, międzynarodowy komitet ekspertów, który miał czuwać nad prawidłowym postępem prac demontażowych i rekonstrukcją świątyń skalnych [Abu Simbel] w nowym otoczeniu. Jest rzeczą jasną, że w tak szczupłym gronie specjalistów rola przewodniczącego komitetu posiada szczególne znaczenie. Nie brałem pod uwagę własnej kandydatury na to stanowisko. Już przed pierwszym zebraniem dowiedziałem się, że Francja reprezentowana w tym komitecie ma swojego kandydata i wystąpi z konkretnym wnioskiem, co zresztą nastąpiło. Nie przewidziałem tylko tego, że proponowany na to stanowisko kandydat, w porozumieniu z rządem egipskim, wysunie moją osobę na stanowisko przewodniczącego; było to dla mnie dużym zaskoczeniem. [...] Uważałem za stosowne wspomnieć o zagadnieniu ocalenia Abu Simbel jako o ważnym epizodzie w dziejach polskiej archeologii śródziemnomorskiej, a to dlatego, że była ona w mojej osobie reprezentowana w komitecie powołanym dla dokonania tak ważnej i popularnej w świecie międzynarodowej imprezy, uwieńczonej - jak wiadomo - pełnym powodzeniem. Nie będzie bowiem rzeczą obojętną dla wszystkich pokoleń polskich archeologów fakt, że w akcie erekcyjnym wmurowanym w piedestał posągu Ramzesa II w sanktuarium wielkiej świątyni, znajduje się obok podpisu Przewodniczącego zgromadzenia ogólnego UNESCO i ówczesnego ministra kultury Egiptu, podpis Polaka.
K.Michałowski, Od Edfu do Faras.
Podstawowe prace egiptologiczne (naukowe i popularne):
- Fouilles franco-polonaises. Tell Edfou; 1938, - Sztuka starożytna; 1955, - Kanon w architekturze egipskiej; 1955, - Fouilles polonaises; kilka tomów od 1960, - Nie tylko piramidy. Sztuka dawnego Egiptu.; 1966, - Faras. Centre artistique de la Nubie chretienne; 1966, - Art of Ancient Egypt; 1969, - Arte y cicilizacion de Egipto; 1969, - Karnak; 1969, Luksor; 1971, Aleksandria; 1972, Piramidy i mastaby; 1972, Teby; 1974 (wspólne z A.Dziewanowskim), - Od Edfu do Faras. Polskie odkrycia archeologii śródziemnomorskiej; 1974, - Egypte; 1978, - wybór prac Opera Minora; 1990.
W dniu 28 marca 2000 r. odbyło się w Kairze otwarcie 8. Międzynarodowego Kongresu Egiptologów. W czasie ceremonii otwarcia Minister Kultury Egiptu Faruk Hosni wręczył siedem honorowych medali dla najwybitniejszych egiptologów egipskich i zagranicznych (w tym trzy pośmiertne). Jednym z wyróżnionych był ś.p. Profesor Kazimierz Michałowski. Medal w postaci stylizowanego lustra staroegipskiego odebrał dyrektor Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej UW w Kairze prof. Michał Gawlikowski. Napis na dyplomie głosi:
The eighth International Congress of Egyptologists presents to Dr Kazimierz Michałowski, Professor of Egyptology, Poland this award in gratitude for a lifetime's commitment to Egyptology and in recognition of his outstanding contribution to the knowledge and understanding of Ancient Egypt.
Taki był profesor
Notowała A. Żukowska-Maziarska
Profesora Kazimierza Michałowskiego wspomina dr Stefan Jakobielski, jego
wieloletni współpracownik, kierownik misji w Starej Dongoli w Sudanie, adiunkt i
kierownik Pracowni Nubiologii Zakładu Archeologii Śródziemnomorskiej
PAN.
Bardzo trudno opowiedzieć, jakim człowiekiem był Profesor, choć byłem przy
nim na co dzień przez długie lata. Nasza pracownia Zakładu Archeologii
Śródziemnomorskiej PAN mieściła się w Podkowie Leśnej, na parterze willi państwa
Michałowskich, gdzie był spokój i znakomite warunki. Telefon najczęściej nie
działał, więc nikt nie przeszkadzał pracować, a kolejka jeździła punktualnie.
Było to bardzo miłe, nie wspominając już o świeżym powietrzu, sympatycznej
atmosferze i o kawie u pani Krystyny Michałowskiej.
Profesor w zasadzie mieszkał w Warszawie, ale często przyjeżdżał pracować do
Podkowy, zwłaszcza, kiedy coś pisał. Przede wszystkim jednak był wicedyrektorem
Muzeum Narodowego; tam miał najwygodniejsze biurko do pracy; jednocześnie
prowadził Katedrę Archeologii Śródziemnomorskiej na Uniwersytecie Warszawskim i
był kierownikiem Zakładu Archeologii Śródziemnomorskiej PAN, za co zresztą nie
brał pieniędzy.
Zacznijmy od tego, że sama nazwa “archeologia śródziemnomorska” to pomysł
Profesora, jeszcze przedwojenny – połączenie Egiptu z Grecją. Profesor szukał
formuły, która pozwoliłaby połączyć archeologię klasyczną z egiptologią i chciał
na obu tych obszarach widzieć polskie misje. Trudno było bowiem wydzielić
z Egiptu kulturę hellenistyczną; nie można do egiptologii zakwalifikować
problematyki Aleksandrii, która należy do kultury klasycznej, ale przecież leży
w Egipcie. Te dwa obszary kulturowe bardzo silnie się zetknęły i tak już zostało
aż do chrześcijaństwa, które w całości wywodzi się z obszaru
śródziemnomorskiego. Może z pozoru trudniej zaliczyć do niego Sudan, ale nie
zapominajmy, że przez długi czas panowania egipskiego Nubia stanowiła część
Egiptu. Potem znów było odwrotnie, gdy nad Egipcjanami panowali czarni
faraonowie z XXV dynastii tzw. etiopskiej, w rzeczywistości nubijskiej.
Profesor prowadził przed wojną prace wykopaliskowe w Edfu nad Nilem; była to
wspólna misja polsko-francuska. Od połowy lat pięćdziesiątych polskie misje
archeologiczne pojawiły się na Krymie, w Egipcie, Sudanie, Syrii, na Cyprze i w
Iraku. Trzeba pamiętać, że Profesor był wtedy pionierem, wszystko musiał
organizować od początku, zwłaszcza pieniądze, ale jako autorytet na skalę
międzynarodową miał pozycję zupełnie wyjątkową. Uprawiał wysokiej klasy
menedżerstwo. Załatwiał wszystko u siebie w gabinecie, nie tylko przez telefon,
ale i przez urzędników, którzy do niego przychodzili. Taki był zwyczaj, którego
przestrzegali nawet ludzie z KC.
W muzeum tylko z pozoru praca jest cicha i spokojna. W rzeczywistości był to
kocioł. Profesor często prowadził dwie rozmowy telefoniczne naraz, a z trzecią
osobą rozmawiał w tym samym czasie w gabinecie. My, jego asystenci, koczowaliśmy
w sekretariacie, bywało że i cały dzień. W zespole profesora każdy był za coś
odpowiedzialny. Jeden za sprawy związane z egiptologią, drugi za pisanie listów
po francusku, kto inny - po niemiecku albo angielsku. Swoje książki też dyktował
komuś, kto był z tego zakresu specjalistą, chodziło o to, by człowiek z pewną
wiedzą w swojej dziedzinie nie tylko nie robił błędów, ale był partnerem do
konsultacji. Ja zajmowałem się tym, co dotyczyło Faras i Nubii, dyktował mi więc
rzeczy o Nubii, komuś innemu o Syrii, a później już sam pracował nad tekstem.
Profesor mówił nam na ty, ale dopiero od magistra wzwyż. Do studentów zwracał
się per pan. Było to bardzo sympatyczne.
Był człowiekiem stanowczym, wiedział czego chce. Miał niepodważalną pozycję i
był doskonałym dyplomatą. Nigdy nie poszedł na żadne kompromisy polityczne, nie
zapisał się do partii, wyznawał zasadę, że jest archeologiem i nic mu do
polityki. I nam to wpoił. Polska Stacja Archeologiczna w Kairze była zawsze
wyłącznie placówką naukową. Profesorowi proponowano kiedyś spore pieniądze dla
stacji, by włączyć ją w planowany instytut kultury polskiej. Powiedział: nie,
żadnych instytutów kulturalnych. Chcecie instytut, to sobie róbcie, ale ja
zajmuję się tylko archeologią. A jeżeli ktoś chce przyjechać, odwiedzić nas i
przenocować - proszę bardzo, jak będzie wolny pokój. Instytut oznaczałby
podległość pionowi MSZ. Dzięki takiej postawie nasza archeologia w Sudanie i w
Egipcie przetrwała wszystkie zawirowania polityczne, jakie w tych krajach
następowały. Przecież tam raz dobrzy byli Amerykanie, raz Rosjanie, a zdarzyło
się i tak, że zamknięto wszystkie konsulaty krajów za żelazną kurtyną, a przy
okazji wszystkie instytuty doczepione do instytutów kulturalnych związanych z
pionem dyplomatycznym. Czesi i Węgrzy zostali bez instytutu, natomiast nikt nie
ruszył polskiej stacji archeologicznej w Kairze, bo to była placówka naukowa,
niezależna od MSZ.
Drugą ważną sprawą było ulokowanie wtedy budżetu stacji nie na uniwersytecie,
do którego formalnie należała i należy, a przy ministerstwie finansów. Stacja
musiała mieć swój wydzielony budżet dewizowy, bo złotówka były niewymienialna. I
taki budżet istniał dzięki codziennym staraniom Profesora, który wyznawał jedną
zasadę: nigdy nie odmawiał wywiadów. Prasa miała do niego wstęp o każdej porze
dnia i nocy, różne gazety zresztą, ale najbardziej kochany był Ekspres
Wieczorny;. Profesor mówił zawsze: nie jest ważne, co ja załatwię z ministrem na
wysokim szczeblu, bo minister tylko każe zrealizować, ale jak każda urzędniczka
w ministerstwie będzie coś o nas słyszała i będzie wiedziała, że to dzięki niej
istnieje archeologia polska, to ona wyjmie z szuflady co trzeba. Ale ona musi w
Ekspresie czytać co drugi dzień o mnie. Żeby wiedziała, że coś ważnego
robi.
Działał bardzo współcześnie, choć nie wiem, czy w dzisiejszych czasach
poradziłby sobie z finansowaniem tego wszystkiego. Dzisiaj trzeba biegać za
sponsorami, wątpię czy by sami przyszli. Wtedy był jeden decydent i jeden
sponsor i z nim trzeba było pertraktować. Wiele rzeczy nam było wolno jako
zwariowanym naukowcom, którzy tam gdzieś są i machają polską flagą, a to się
opłaca. Przypuszczam, że większość ówczesnych kręgów dyplomatyczno-partyjnych
uważała, że ta robota Polsce służy.
***
Są takie inicjatywy profesora, o których mówi się rzadziej. W połowie lat
pięćdziesiątych w Egipcie zapadła decyzja o budowie nowej tamy na południe od
Asuanu. Oznaczało to powstanie wielkiego zbiornika na Nilu, między I i III
kataraktą. Tym samym pod wodą miała się znaleźć ogromna część Nubii wraz ze
wspaniałymi zabytkami kultury i sztuki. Władze egipskie zabroniły więc wszystkim
zagranicznym misjom archeologicznym prac w Górnym i Dolnym Egipcie i zażądały
prowadzenia badań wyłącznie w Nubii, czyli na południu kraju. Środowiska
archeologiczne protestowały przeciw zakazowi, choć zdawały sobie sprawę, że
Egipt nie poradzi sobie własnymi siłami z ratowaniem nubijskich zabytków.
Profesor poprowadził wtedy ekspedycję statkiem wzdłuż Nilu, do granicy
sudańskiej, żeby zebrać informacje, co właściwie w Nubii dałoby się badać.
Zatrzymywali się tu i ówdzie, badali osady, trochę rytów skalnych i powstał z
tego później raport, opublikowany w biuletynie Akademii Nauk po polsku,
rosyjsku, angielsku i niemiecku. Było to tuż przed ogłoszeniem apelu UNESCO o
ocalenie Nubii, który – zważywszy na wyjątkową międzynarodową pozycję
Profesora – musiał uwzględniać wnioski z polskiej wyprawy.
Zresztą autorytet Profesora i jego talent dyplomatyczny sprawiły, że strona
egipska mogła nie wycofując się ze swego stanowiska, zezwolić na kontynuowanie
prac cudzoziemskich misji.
Na apel UNESCO zgłosiły się misje z ponad czterdziestu krajów. Swój wysiłek
badawczy skoncentrowały na pięćsetkilometrowym odcinku Nilu, który miał być
zalany wodami jeziora, w geografii nazywanym Jeziorem Nasera. Nota bene w tym
mniej więcej czasie prezes Royal Geographical Society w Londynie napisał w Paris
Match: mam nadzieję, że to nowe jezioro, jakie powstanie, nie będzie się z
jednego końca nazywało jeziorem prezydenta Nasera, a z drugiego - jeziorem
prezydenta Abbuda, tylko po prostu Jeziorem Nubijskim. Tak się nie stało, choć
niektóre sudańskie mapy podają właśnie nazwę: Jezioro Nubijskie.
Wszystko to, pamiętajmy, działo się po wojnie sueskiej, kiedy - przynajmniej
w końcu lat pięćdziesiątych - z powodów politycznych działalność misji
francuskiej i angielskiej, a więc dotychczasowych potęg archeologicznych,
została w Egipcie poważnie ograniczona. W akcji nubijskiej jednak i one wznowiły
swoją działalność.
Znaleźliśmy się więc tam w odpowiednim momencie. Rolę Profesora najlepiej
chyba ilustruje fakt, że został przewodniczącym komitetu ekspertów zajmującego
się przeniesieniem świątyni Abu Simbel. Cała sprawa przeniesienia tej
największej i najpiękniejszej świątyni, zresztą zakończona wielkim sukcesem,
została przez UNESCO zaniedbana i z początku źle poprowadzona. Zaakceptowano
bowiem projekt włoski, sprzeczny z zasadami konserwacji i archeologii i tak
powszechnie skrytykowany, że w końcu UNESCO musiało się z niego wycofać. Kiedy
został już zdjęty z agendy, okazało się, że jest bardzo mało czasu na realizację
czegokolwiek innego. Budowa tamy trwała i w krótkim czasie, jaki pozostał do
zatopienia Nubii, można było już zdecydować się tylko na tzw. projekt
egipsko-szwedzki. Wokół Abu Simbel rozgorzała dyskusja w prasie całego świata, w
ostatniej chwili pojawił się jeszcze projekt francuski, w rezultacie najwęższe,
trzyosobowe grono specjalistów, wśród których był profesor Kazimierz
Michałowski, wydało opinię, która przesądziła o decyzji Dyrektora Generalnego
UNESCO. Postanowiono zrealizować projekt egipsko-szwedzki, a więc pociąć
świątynię Abu Simbel na bloki i przenieść je na nowe miejsce wewnątrz sztucznej
góry z kamienia. Decyzja wiązała się z pewnym ryzykiem, podzieliła środowisko
archeologów, ale jej, trwająca dziesięć lat, realizacja zakończyła się sukcesem.
Siedmioosobowemu komitetowi ekspertów, który te prace nadzorował, przewodniczył
profesor Michałowski, a jego rola, która mogła wyglądać tylko jak honorowa
prezesura, była w rzeczywistości ciężkim kawałem chleba. Trzeba było wielkiego
taktu Profesora, żeby wszystkie rozbieżne poglądy i tendencje jakoś pogodzić i
doprowadzić rzecz do szczęśliwego finału.
***
Jeśli chodzi o Nubię, najbliższą memu sercu, to w tej dziedzinie
zdarzyło się bardzo wiele. Fakt, że Profesor był pierwszym przewodniczącym
Międzynarodowego Stowarzyszenia Nubiologów, był zupełnie oczywisty; to on
doprowadził przecież do wyodrębnienia nubiologii jako osobnej dziedziny badań.
Archeologia nubijska siedziała niejako okrakiem na kilku dyscyplinach -
potrzebna tu była i egiptologia, i historia sztuki, historia religii i
chrześcijaństwa. To zresztą wiąże się z interdyscyplinarnym charakterem
wykopalisk, który Profesor starał się lansować, z dobrym skutkiem. W tej chwili
jest to zupełnie normalne, ale kiedyś ze zdziwieniem mówiło się, że na
wykopaliskach u Profesora jest antropolog, architekt, konserwator, rzeźbiarz czy
artysta malarz. W myśl starej szkoły każdy sam umiał kreślić plan; tu po raz
pierwszy współpracowali specjaliści z różnych dziedzin i nazywano to polską
szkołą archeologiczną. Taki był początek interdyscyplinarnych składów misji,
które potem stały się regułą. Myślę, że był to wpływ francuskiej szkoły, z którą
profesor zaczynał badania w ostatnich latach przed wojną. Skoro jesteśmy przy wykopaliskach - zawsze przed wyjazdem odbywała się narada
robocza; każdy wyjeżdżający musiał wcześniej przeczytać literaturę dotyczącą
stanowiska, na którym miał pracować. Z kolei po powrocie, często jeszcze w
stacji w Kairze, odbywały się “sesje dywanowe”, czyli przegląd całego zebranego
materiału, sortowanie zdjęć, jednym słowem - obowiązkowa, wspólna praca nad
przygotowaniem publikacji z zakończonego sezonu. Bywało i tak, że na następny
rok taka publikacja z poprzedniego sezonu była już gotowa, co w archeologii jest
rzadkością.
U Profesora na wykopaliskach obowiązywały pewne reguły i bardzo żałuję, że te
zwyczaje pozanikały, choć niektóre zdawały nam się sprzeczne ze zdrowym
rozsądkiem. Na przykład Profesor nie lubił, a raczej zabraniał chodzenia w
krótkich spodniach, bo nie wypada. W Sudanie jakoś się z tego wykręciliśmy, bo
tam policja chodziła wtedy w szortach, choć dość długich, ale to nam posłużyło
jako argument.
Po drugie, obowiązywał kompletny zakaz grania w karty, ponieważ Profesor
uważał, że grać można tylko w brydża, a to oznacza, że trzeba dograć robra, w
związku z czym siedzi się do rana i to przynosi szkodę wykopaliskom. I słusznie.
Natomiast nie przyjął do wiadomości, że można grać w karty w cokolwiek innego.
Pamiętam, jak kiedyś był na nas wściekły: - Bo wyście grali w brydża. Po czym
zastanowił się i powiedział: -Zaraz, zaraz, jak to było? Policzył, że było nas
trzech i mówi: -Jak to? Z dziadem? Ja na to mówię: Panie Profesorze, myśmy grali
w kanastę. - To też niedobrze - odpowiedział i tak się skończyło.
Trzecia sprawa - na wykopaliskach nie wolno było siadać. Profesor uważał,
zresztą słusznie, że dla ludzi, którzy obok ciężko pracują, widok cudzoziemca,
który siedzi podczas gdy oni noszą ciężkie kosze jest nie do przyjęcia. Nie
wypada. Jak - mówił - jesteście zmęczeni, to udawać, że się czyści mur. I wtedy
można było przykucnąć przy murze. To stara szkoła patrzenia na ludzi. Myśmy nie
mieli żadnych kolonialnych zapędów, a w Egipcie, który wprawdzie nigdy kolonią
nie był, panowało sporo takich zwyczajów. Tam przychodził inspektor z
rozkładanym krzesełkiem, miał jeszcze chłopaka, który trzymał nad nim parasol
-zupełnie jak za faraonów. Siedział na tym krzesełku na wykopie, ale autorytetu
u robotników nie miał. Myśmy traktowali ludzi normalnie, po ludzku i nie
wpadliśmy na pomysł, żeby miało być inaczej. Teraz już tego problemu w ogóle nie
ma, jak się coś rysuje, to wygodniej jest usiąść, nawet komputer na
wykopaliskach nie jest dla miejscowych sensacją. Ale wtedy sytuacja była
inna.
Jednej rzeczy Profesor zawsze pilnował. Codziennie o siódmej rano szedł
pierwszy na wykop. Pracowaliśmy metodą dyżurów - jedna osoba szła na wykop rano,
a wszyscy inni przychodzili po śniadaniu. Było to o tyle dobre, że z samego rana
jest bardzo zimno, człowiek właściwie nie jest zdolny do żadnej roboty, dopóki
słońce dobrze nie wstanie. Wkłada się dwa swetry, kurtkę, a potem co pół godziny
coś zdejmuje. Profesor zawsze szedł rano, niezależnie od tego, kto miał dyżur.
Mieszkał w namiocie, wolał to od domów, w których mieszkała reszta grupy.
Regenerował się bardzo szybko, potrzebował piętnastu - dwudziestu minut na
drzemkę po południu i był jak nowo narodzony. Czas na odpoczynek był od obiadu,
który jedliśmy koło trzeciej do tea-time’u czyli piątej po południu. Na
wykopaliskach pracuje się do późna, bo wieczorem jest pora na całą pracę
dokumentacyjną. Zasadą była też codzienna wspólna kolacja, a po zakończeniu
misji Profesor zawsze zabierał nas w Kairze do kina, zwykle na amerykańskie
filmy. W Kairze oglądałem więc pierwsze Bondy.
Zdarzały się chwile zaskoczenia. Pamiętam w pierwszym bodaj sezonie w Faras,
trwało opróżnianie katedry z piasku. W jednym z okien tkwił fragment kraty.
Byłem wtedy bardzo młodym człowiekiem i któregoś dnia rano poszedłem do katedry
i zobaczyłem, że robotnicy sypią piasek przez okno, w którym przedtem była
krata. A kraty nie ma. Szalenie się zdenerwowałem, biegnę do obozu, wpadam do
pracowni i krzyczę: co za osioł kazał sypać piach przez to okno! Na co podnosi
się Profesor i mówi: ja. -Panie Profesorze, przecież tam była krata! -To w tym
oknie była krata? To chodź, szukamy jej. Rzeczywiście, znaleźliśmy ją w pobliżu.
Przy całym autorytecie, jakim darzyliśmy Profesora, na co dzień mówiło się o
nim “stary”. Konserwator Józef Gazy, który w Farras zdejmował większość fresków
ze ścian, pracując zwykle aż do zmierzchu, kiedyś opowiadał mi, że teraz stary
przychodzi po południu i w ogóle nie chce zejść do obozu. I w tym momencie
się odwraca, patrzy, a ten “stary” stoi za nim. A Józef zupełnie nie zbity z
tropu mówi: tak właśnie tu opowiadam, Panie Profesorze, o tych staruszkach -
apostołach Janie i Piotrze z fresków, nazywaliśmy ich staruszkami - jak ich
zdejmowałem, to jeden w ogóle nie chciał zejść.
***
Zdarzało się, że ktoś mówił o Profesorze, że nie ma poczucia humoru.
Nieprawda. On tylko nie opowiadał byle jakich dowcipów. Pamiętam historię dwóch
polskich mechaników, którzy jechali nocą “nyską” nad Nilem. W pewnej chwili
spotkali tzw. autostopowiczkę, która starała się ich zatrzymać. Zabrali ją do
samochodu i w tym momencie zza rogu wypadło dwóch panów w galabijach, jeden z
bronią krótką, drugi z dłuższą, obaj najwyraźniej z obyczajówki. Doszło do
szamotaniny z kierowcą, który w rezultacie tej perswazji złamał jednemu z nich
szczękę, w związku z czym zabrał go do samochodu, żeby zawieźć do szpitala. A
drugi w tym czasie wyciągnął broń i strzelił w odjeżdżającą “nyskę” tak
nieszczęśliwie, że trafił w siedzenie panienkę, która była w środku. Już dwie
ofiary jechały do szpitala. No i ktoś opowiada tę historię, a Profesor siedzi,
słucha i mówi: -Boże, to okropne, to okropne, zupełnie jakby rękę
pianiście. Finał tej sprawy był zresztą taki, że mechanicy tego samego dnia spakowali
się i na wszelki wypadek odlecieli do kraju, a my nazajutrz przeczytaliśmy w
prasie, że dwóch polskich turystów miało incydent z policją z powodu
nieznajomości języka.
***
Generalnie rzecz biorąc Profesor był przede wszystkim człowiekiem
zdyscyplinowanym, niezwykle odpornym fizycznie i psychicznie. Miał sporo
dystansu do własnych przypadłości, ale był w bardzo dobrej formie. Mam teraz
doskonałą perspektywę, bo jestem mniej więcej w tym samym wieku, w którym
Profesor był w Faras. Pamiętam ostatnie dni ostatniej kampanii w Faras. Rzecz
działa się w końcu kwietnia, było bardzo gorąco, robiliśmy wtedy skrzynie,
pakowaliśmy freski, więcej było stolarki jak archeologii - śruby, deski, kołdry
do pakowania. Pracowało się wtedy w ruinie katedry, której część już została
rozebrana i mniej więcej co półtorej godziny biegliśmy wykąpać się w Nilu.
Krokodyli tam nie było. Profesor chodził z nami, ale nigdy się nie kąpał. My
pływaliśmy sobie w Nilu, a Profesor siedział najczęściej na starej łodzi i
patrzył. I w pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że on nas cały czas liczy,
czy mu się ilość główek zgadza i czy kogoś nie trzeba ratować. Wszystko
sprawdzał, nigdy nie wierzył bezkrytycznie i zawsze nad wszystkim
czuwał.
» źródło: "Podkowiański Magazyn Kulturalny"
 Stela Sabni i Anchjuwet (VI dyn.; polskie wykopaliska w Edfu).
|